Turcja / Turkey

Lecimy do Stambułu // Off to Istanbul – day 1

English version below

Aura portów lotniczych i samolotów jest niesamowita. Nie zwraca się zbyt często uwagi,  że niezwykły porządek i spokój ducha zapewniamy sobie przez oddanie się w ręce drobiazgowo zaplanowanego systemu numerów, strzałek i profesjonalnej obsługi. Dostrzegamy to szczególnie w samolocie – kilka osób z wypisaną na twarzach uprzejmością i bezwzględnością trzyma w ryzach kilkaset zdenerwowanych charakterów. Nikt nie śmie pisnąć słowa sprzeciwu, kiedy koła samolotu dziwnie wibrują podczas startu. Gdybyśmy poczuli coś podobnego ruszając autobusem z przystanku, połowa pasażerów zechciałaby pewnie wysiąść – tu kilka spoconych rąk zaciska się mocniej na oparciach krzesełek, słychać głośniejsze wzdychnięcie, ale zaraz nerwy ustają: obsługa siedzi spokojnie, więc to nie może być koniec. Niesamowite jak silny urok rzucili na nasz tłum na siedzeniach. 

Całe to lotnicze środowisko, w które trafia pasażer, jest zresztą zupełnie wyzute z zaskoczenia. Czytelne znaki prowadzą nas za rękę, a przejrzyste komunikaty i harmonogram zmieniają w nieporadne dzieci, które nerwowo reagują na każde nieoczekiwane wydarzenie, choćby nie wiadomo jak był człowiek na co dzień opanowany. Zaczynam się czuć obco ze swoim własnym zachowaniem: kiedy w samolocie rozdają malutkie drożdżówki, czuję się jakbym dostał prezent; wcale nie potrzebowałem wilgotnej chusteczki odkażającej – a wziąłem! Po co?

Jest w podróżowaniu samolotem coś, co odziera pokonywanie przestrzeni z duszy. To ujarzmienie środkowej Europy, którego właśnie doświadczamy, docierając do Stambułu w 2,5 godziny, ma w sobie delikatny posmak kłamstwa. Cieszę się niesamowicie, że odwiedzę Turcję, ale jednocześnie czuję, jakbym łamał zasady gry. Poruszając się mozolnie lądem można skrupulatnie obserwować zmieniający się krajobraz, domy, stroje, uśmiech mieszkańców albo jego brak, można powoli i stopniowo pełznąć po palecie barw i widzieć cały proces, który zmieni Warszawę w Stambuł a kościelne wieże w minarety. Lecąc na skróty samolotem, przechodzimy od razu do rozwiązania zagadki i zostawiamy biednych Węgrów, Rumunów i Bułgarów zupełnie niepotrzebnych. Wyobrażam sobie, że zapewne zatrzymują się, robiąc zakupy na bazarku, prowadząc traktor albo podlewając kwiaty i – osłaniając ręką oczy – spoglądają w górę na mały skrzydlaty punkcik, trochę rozczarowani, że nie chcieliśmy podejść do sprawy na poważnie. 

Jan Czempiński

Wylądowaliśmy… jesteśmy na miejscu… niepewni co nas czeka i pełni ciekawości nowych ludzi, miejsc, kultury… Rano w Polsce przywitał nas śnieg, temperatura znacznie spadła poniżej zera, a w Turcji czuć ciepły wiaterek i 24 stopnie miło nas otulają.

Lotnisko w Stambule jest ogromne, końca nie widać, jeszcze ostatnie bramki, do których prowadzą gigantyczne kolejki i… Turcja staje się całkowicie dla nas dostępna. Nie tak szybko jednak… Kiedy z uśmiechem na twarzy pragniemy przekroczyć próg lotniska… Jack orientuje się, że walizka, którą odebrał, nie należy do niego, tylko do innego Polaka. Wrócić przez bramki już się nie da, musimy czekać, aż obsługa zadziała i znajdzie prawowitego właściciela, a nasz kolega odzyska własny bagaż. Czekamy, pełni obawy czy czasem nie przedłużymy pobytu na lotnisku… Udaje się sprawnie zmienić walizki, rzeczywiście są takie same. 

Przed lotniskiem stoi mnóstwo autokarów, bardzo sprawnie wsiadamy do jednego z nich i po chwili ruszamy. Mamy szczęście akurat zostały cztery ostatnie miejsca. Na zewnątrz jest już ciemno, oświetlone budynki, meczety uroczo nas witają. Przesiadamy się do metra, jednak kolejna przesiadka już nie jest tak sprawna. Awaria. Musimy wyjść z metra,  i pokonać ostatni odcinek drogi na własnych nogach. Dobrze poczuć miasto… zapachy, gwar, trąbienie aut i przede wszystkim dużo ludzi… Początkowo ostrożnie przypatrujemy się, jak przechodnie z ogromną gracją przeciskają się na czerwonym świetle pomiędzy pojazdami. Szybko i sprawnie się tego uczymy. Jesteśmy głodni, spragnieni nowych smaków, aromatów, nie możemy się już doczekać pierwszej kolacji w Turcji.

Najpierw jednak zakwaterowanie, nasz właściciel bardzo szczegółowo nas poinformował, jak trafić do mieszkania. Był na tyle przewidujący, że nawet wysłał nam filmik, skąd mamy wziąć klucze. Udało się, dotarliśmy na miejsce, ale… nie ma kluczy we wskazanym miejscu. Widzimy, że w mieszkaniu świeci się światło, więc pukamy, myśląc, że może właściciel chce nas przywitać, pragniemy wejść już do środka… Drzwi się otwierają i ludzie po drugiej stronie nieco zdziwieni, patrzą na nas, ale widać, że nas się nie spodziewają… Rozumiemy już, że to jakieś nieporozumienie. Dzwonią do właściciela i zagadka rozwiązana, nasze mieszkanie znajduje się po drugiej stronie korytarza. Szybki prysznic i już jesteśmy na tureckich ulicach w poszukiwaniu pysznej kolacji. Trudno pogodzić nasze oczekiwania kulinarne. Są wśród nas zwolennicy mięsa, wegetarianie oraz bezglutenowcy… W kolejnym już miejscu, do którego wchodzimy, orientujemy się, że może nie być prosto wszystkich zadowolić. Kelnerzy dziwnie patrzą, kiedy słyszą, że ktoś może nie jeść mięsa. Jeden z nich proponuje zamiast mięsa… kurczaka. Nie przejmujemy się tym jednak i podążamy dalej. Stwierdzamy, że czas coś zjeść, wchodzimy do lokalu, w którym gra turecka muzyka, kelner jest bardzo miły i udaje nam się zamówić dla wszystkich jedzenie. Najbardziej zadowoleni są mięsożercy – smak intensywnie doprawionego pikantnego posiłku skrada ich serca. Dzięki dużej różnorodności potraw najadamy się wszyscy i pijemy tradycyjną turecką herbatę. Najedzeni, możemy zwiedzać miasto. 

Krętymi uliczkami chłoniemy Stambuł, który świetnie znamy z historii. Interesuje nas architektura, nie możemy się na nią napatrzeć. Jest już późno, wszystkie budynki są podświetlone, docieramy do punktu kulminacyjnego naszej wycieczki – Hagia Sophia. To naprawdę monumentalna budowla, która robi na nas niezapomniane wrażenie. Wieczorem jest tajemnicza i pełna magii. Siadamy na ławce przed nią i jedząc baklawę, czujemy się bardzo szczęśliwi. Nasze pierwsze godziny w Stambule są intensywnie wykorzystane.

Urszula Stolińska

As the seatbelt lights come on, from the vastness of the sea land comes into view and our descent into Istanbul begins. The airport is huge and it takes quite a bit of walking to get to the baggage claim, where I quickly take someone else’s bag. Luckily before we make way for the bus station I notice my baggage is heavier than I remember before realising I had grabbed an identical bag that wasn’t mine. With a bit of fuss and a lot of luck we were back on track in no time at all, making our way into the city soon.

A glimmering city by night surrounds us with busy sounds of chatter and business down every street. We decide to walk to our overnight stay as the metro had had some mechanical problems. The warm night at 25c was perfect for a stroll so it didn’t bother us at all. Upon reaching our destination there was a bit of a kerfuffle with keys to rooms but it was soon sorted. A fantastic first meal followed at a local restaurant before we headed off to explore the city at night. We make it back to our beds by 1am having experienced the lights and sites of bustling Istanbul.

Jack Słoczyński

The design of airports and planes is amazing. It is not often we feel peace of mind provided by putting ourselves in the hands of a meticulously planned system of numbers, arrows and professional services. We notice this especially on the plane – a few people with kindness and profesionalism written on their faces keep several hundred nervous characters in check. No one dares to squeal a word of objection when the wheels of an airplane vibrate strangely on take-off. If we felt something similar when starting the bus from the stop, half of the passengers would probably want to get off – here a few sweaty hands clench the backs of the chairs more tightly, a louder sigh is heard, but then the nerves stop: the staff sits quietly, so this can’t be the end. Amazing how strong a spell they cast on our seated crowd.

The whole aviation environment in which the passenger ends up is completely devoid of surprise. Legible signs lead us by the hand, and transparent messages and schedules turn into clumsy children who react nervously to any unexpected event, no matter how composed a person is on a daily basis. I’m starting to feel unfamiliar with my own behavior: when they hand out tiny buns on the plane, I feel like I’ve been given a present; I didn’t need a wet disinfectant wipe at all – and I took it! What for?

There is something about traveling by plane that takes away the soul from overcoming space. This encroachment of Central Europe, which we are experiencing right now, has us reaching Istanbul in 2.5 hours, has a slight flavor of lies. I’m really excited to visit Turkey, but at the same time I feel like I’m breaking the rules of the game. Moving laboriously overland, you can meticulously observe the changing landscape, houses, costumes, the smile of the inhabitants or the lack of it, you can slowly and gradually creep through the palette of colors and see the whole process that will turn Warsaw into Istanbul and church towers into minarets. Taking a shortcut by plane, we go straight to solving the mystery and leave the Hungarians, Romanians and Bulgarians completely unobserved. I imagine they’re probably stopping when they’re shopping at the bazaar, or driving a tractor, or watering flowers, and, shielding their eyes with their hand to look up at the little winged speck, a little disappointed that we didn’t want to take the travel more seriously. 

Jan Czempiński

We have landed… we are there… unsure of what awaits us and full of curiosity about new people, places and culture… In the morning in Poland we were greeted by snow, the temperature dropped well below zero, and in Turkey you can feel a warm breeze and 24 degrees Celsius pleasantly envelop us.

The airport in Istanbul is huge, the end is not in sight, the last passport check to which gigantic queues lead and … Turkey becomes completely accessible to us. Not so fast, however… When we want to cross the threshold of the airport with a smile on our face… Jack realizes that the suitcase he picked up doesn’t belong to him, but to another Pole. It is impossible to go back through the gates and we have to wait for the staff to work and find the rightful owner, and for our friend to recover his own luggage. We are waiting, full of fear that we will not extend our stay at the airport … We manage to change the suitcases efficiently, they are indeed the same model!

There are plenty of coaches in front of the airport, we get into one of them very quickly and after a while we set off. We’re lucky there are only four spots left. It is already dark outside, illuminated buildings, mosques welcome us charmingly. We change to the subway, but the next change is not so successful. There is a malfunction of the train. We have to get out of the subway and cover the last stretch of the road on our own feet. It’s good to feel the city… the smells, the noise, the honking of cars and, above all, a lot of people… Initially, we carefully watch how passers-by with great grace squeeze between vehicles at a red light. We learn it quickly and efficiently. We are hungry, thirsty for new flavors and aromas, we can’t wait for our first dinner in Turkey.

First, however, the accommodation, our owner informed us in great detail how to get to the apartment. He was so foresighted that he even sent us a video of where to get the keys. We made it, we got to the place, but … there are no keys in the indicated place. We see that the light is on in the apartment, so we knock, thinking that maybe the owner wants to welcome us, we want to go inside … The door opens and people on the other side look at us a bit surprised, but you can see that they are not expecting us … We understand now that this is some kind of misunderstanding. They call the owner and the mystery is solved, our apartment is on the other side of the corridor. A quick shower and we are already on the Turkish streets in search of a delicious dinner. It is difficult to reconcile our culinary expectations. There are meat lovers, vegetarians and gluten-free people among us … In the next place we enter, we realize that it may not be easy to please everyone. The waiters look confused when they hear that someone does not eat meat. One of them suggests chicken instead of meat. However, we do not care about it and move on. We find that it’s time to eat something, we enter the place where Turkish music is playing, the waiter is very nice and we manage to order food for everyone. Carnivores are the most satisfied – the taste of an intensely seasoned spicy meal steals their hearts. Thanks to the large variety of dishes, we all eat and drink traditional Turkish tea. Fed up, we can explore the city.

Through the winding streets we absorb Istanbul, which we know very well from history. We are interested in architecture, we can’t get enough of it. It’s late, all the buildings are illuminated, we reach the highlight of our trip – Hagia Sophia. It is a truly monumental building that makes an unforgettable impression on us. In the evening it is mysterious and full of magic. We sit on the bench in front of her and, eating baklava, we feel very happy. Our first hours in Istanbul are intense and full of memories.

Urszula Stolińska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *